Site Overlay

Szkoła rodzenia

No właśnie. Szkoła rodzenia.
Z punktu widzenia Taty rzecz wydaje się mało potrzebna.
Czy musimy wiedzieć o skurczach i rozwarciach? Serio, czy mi to potrzebne? I co ważniejsze: czy chcę o tym wiedzieć?

Żyjemy w dziwnych czasach. Dziś rodzice dumnie mówią: ‚jesteśmy w ciąży’. Po milionach lat ewolucji wreszcie ojcowie też są w ciąży. Udało nam się to osiągnąć w ciągu zaledwie kilkunastu lat. Należą się chyba gratulacje.

Kiedyś znajomy zapytał mnie ile czasu już nie palę. Ja mu na to: ‚Od trzeciego miesiąca ciąży’.
Po prostu przepięknie.

Ok. Muszę przyznać, że zanim nawet ‚zaczęliśmy być w ciąży’ wiedziałem, że będę asystował przy porodzie. Po prostu tego chciałem. Mama też tego chciała.
Nie przypominam sobie za to czy chciałem brać udział w zajęciach szkoły rodzenia. No ale, że w końcu razem byliśmy w tej ciąży… co robić.

Dzisiaj z tego wszystkiego pamiętam tyle, że zajęcia prowadziła fajna, młoda położna. Raz trafiłem na zajęcia z inną położną. Też fajną.

Mętnie pamiętam samą treść zajęć. Przewinął się tam temat ‚tych wszystkich detali’ związanych z porodem. Prawdopodobnie poruszane były tematy związane z przygotowaniami do porodu. Było też coś o przyrządzaniu spirytusiku do przemywania pępuszka (dziecka).

Chcę przez to powiedzieć, że może i ważne są dla nas te nauki. Wg mnie ważniejszą rzeczą natomiast jest sam fakt uczestniczenia w nich, i że robi się to dla Mamy. Mówimy jej przez to: ‚Oczywiście kochanie przejdziemy przez to razem’. Przed porodem mamy bardziej potrzebują troski i wsparcia niż kiedykolwiek indziej. Trzeba je wesprzeć. Przecież razem ‚jesteśmy w ciąży’.

W sumie to nawet nic złego.