Site Overlay

Spostrzeżenia ze szpitala i z tzw. ‚leczenia’

Nie po raz pierwszy obraz naszej służby zdrowia przedstawia się dość żałośnie.

Do szpitala trafiliśmy z Młodym [3M] pod koniec marca 2010. Skierowała nas tam nasza lokalna przychodnia, która wykryła u niego obturacyjne zapalenie oskrzeli. Świszczał biedaczek i charczał podczas oddychania. Testy wykazały u niego saturację na poziomie 85%. Dostał standardowe leki (w tym sterydowe) w takich przypadkach.

Warunki ‚mieszkaniowe’ określić jako chyba typowe dla nieremontowanych polskich szpitali: 2 sale na 3-6 pacjentów. W naszej, mniejszej salce leżała już dwójka innych biedaczków, jedno dziecko z tym samym co nasze, drugie z zapaleniem płuc.

Sala niewietrzona od czasów zakończenia wojny (drugiej światowej). Rozwinięte w tym zatęchłym powietrzu bakterie osiągały wielkość krążowników gwiezdnych Imperium. Oczywiście brak jakiegokolwiek zaplecza dla rodziców. Może nie licząc jednego zapadniętego fotela, na którym nie sposób wysiedzieć dłużej niż 4 i pół minuty, ponieważ plecy wyły z bólu. Szpital nie przewidział łóżek dla rodziców bo zakłada, że paromiesięczne dziecko zostawia się im pod opieką i jedzie spokojnie na tydzień czy dwa do domu, wpadając raz na jakiś czas z kurtuazyjnymi wizytami.

W szpitalu z młodym została Mama. Ja następnego dnia przywiozłem podstawowy zestaw survivalowca – łóżko polowe, poduszki, koce, wodę, zapas sucharów, krzesiwo i hubkę.

Uwierzcie mi, że nawet zaprawionym w boju, ciężko było w takich warunkach wytrzymać. I fizycznie i psychicznie. Takie coś jest w stanie spokojnie pokonać największego twardziela.

Po trzech dniach zaczęliśmy planować ucieczkę albo nawet dezercję. Po tygodniu, kiedy Młodemu zaczęło się poprawiać a saturacja osiągnęła poziom 100% wypisaliśmy się sami ze szpitala. Na własne życzenie, ponieważ szpital uważał, że należy się jeszcze u nich trochę pokisić.

Zostaliśmy potraktowani trochę jak przestępcy. Dostaliśmy przepustkę ze szpitala z oświadczeniem wzięcia na siebie odpowiedzialności za stan zdrowia dziecka. Co to może oznaczać? Że będąc w szpitalu nie bierzemy odpowiedzialności za stan zdrowia naszego dziecka? A szpital niby bierze?

No proszę.

Na szczęście wtedy szybko wyjechaliśmy z kraju, gdzie młodemu natychmiast wszystko minęło. Jak wiadomo urlopy mają taki minus, że na ogół prędzej czy później się kończą. Po powrocie Młodemu wszystko wróciło. Uczulenie na kraj? Coś w tym z pewnością jest.

Powrót do tych samych leków co poprzednio. Oprócz świszczenia podczas oddychania doszedł jeszcze przerażający ‚metaliczny’ kaszel. Specjalistą nie jestem ale sądzę, że to jeden ze skutków ubocznych brania leków. Po miesiącu braku poprawy podjęliśmy decyzję o ponownej ucieczce. Tym razem nad polskie morze.

To zaskakujące jak natychmiastowy dało to efekt. Wszystkie objawy po prostu zniknęły. Sądzę, że było kilka czynników, które nałożyły się na siebie i spowodowały taką poprawę.

Niemniej jednak moje spostrzeżenie jest zaskakujące: ilekroć uciekamy od służby zdrowia, leków i naszej akademickiej medycyny to nasze dzieci są zdrowsze.

Nie zrozumcie mnie źle. Nie jestem przeciwnikiem leków. Uważam, że leki są niezbędne dla ratowania życia. Nazywane są lekami bo leczą.

Niestety większość tak zwanych ‚leków’ działa objawowo. Nie eliminują przyczyny chorób a tylko powodują polepszenie samopoczucia pacjenta. Dlatego nie nazywam ich lekami a ‚zagłuszaczami’. Nie leczą a zagłuszają stan chorobowy. Charakterystyczne jest to, że zaraz po ich odstawieniu, choroba nawraca ponieważ jej przyczyny nie zostały naprawione.

Przyjrzyjcie się jak często chorują Wasze dzieci – raz na tydzień, dwa, miesiąc? U naszych znajomych 4-latek choruje raz na miesiąc. Rozmawiałem z jego ojcem na ten temat i on stwierdził, że to normalne bo inne dzieci też tak chorują. Chorowanie raz na miesiąc nie jest normalne! Jest sygnałem, że coś jest nie tak.

W naszym przypadku ‚leki’ jakie przyjmował Młody, powodowały między innymi rozszerzenie oskrzeli poprzez działanie na mięśnie gładkie oskrzeli prowadząc do ich rozkurczu. To nie jest leczenie.

Skutki uboczne stosowania tego co brał Młody mogą być straszne: od spadku odporności organizmu, przez grzybicę do zahamowania wzrostu dziecka. Te informacja można znaleźć w encyklopediach leków. Strach pomyśleć co jeszcze mogą robić i o czym medycyna akademicka nie wie.

Lekarze mówią, że leki robią więcej pożytku niż stwarzają zagrożenia i dlatego należy ich używać. Bilans lekko dodatni, chociaż zaraz trzeba leczyć grzybicę, a zaraz później coś innego co przy okazji powodują ‚leki’ antygrzybiczne. Czy tędy droga?

My jesteśmy zwolennikami podnoszenia naturalnej odporności organizmu i stosowania ‚babcinych’ metod leczenia tam gdzie to możliwe. To jest trudne i żmudne ale na razie to się sprawdza znakomicie.

Dla rodzica nie ma nic straszniejszego niż chore dzieci.
Życzę Wam wszystkim zdrowych, dobrze rozwijających się i pogodnych dzieci.

Zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia!